Trwa kampania Sport.pl i "Gazety Wyborczej" o skończenie z "dyktaturą kiboli" na polskich stadionach. W kolejnej odsłonie nasz dziennikarz Rafał Stec odpowiada na krążący po internecie list bywalca słynnej "Żylety" na stadionie Legii.
Na krążący po internecie list bywalca "Żylety" Karola Nowakowskiego, uzurpującego sobie prawo do reprezentowania wszystkich kibiców Legii Warszawa (uzurpującego, bo wielu z nich popiera kampanię "Gazety"), początkowo nie chciałem odpisywać, bowiem nie zawiera on merytorycznej polemiki z moimi felietonami o kwestii kibolstwa. Ponieważ jednak obiecałem czytelnikom szczególną życzliwość wobec oburzonych oraz anielską cierpliwość, zmieniłem zdanie.
Cały list znajdziecie tutaj , ja cytując jego fragmenty pominę przytyki osobiste, które niczego nie wnoszą do sprawy. Czynię tak ze względu na ograniczoną wytrzymałość objętościową bloga. (W cytatach z Nowakowskiego zachowuję pisownię oryginalną.)
Nowakowski: "Bywalcy, tzw. Żylety i tzw. Krytej (mam nadzieje nie damy się podzielić - pomimo istniejących różnic w ocenie sytuacji i podejmowanych działaniach) nie są znudzeni. Jesteśmy za to wielce zdeterminowani. Zdeterminowani by stanąć w obronie tego, czym jest dla nas kibicowanie, czym jest wolność człowieka, który sam z nieprzymuszonej woli wspiera swój klub. Nie wspieramy [drużyny - red.]? A co Pan powie, np. o postawie 450 osób w Poznaniu, które swym dopingiem zagłuszały znaczną część wypełnionego do ostatniego miejsca stadionu przy ul. Bułgarskiej? Brak opraw, dopingu na Łazienkowskiej szokuje, ale jednocześnie pokazuje, ze konflikt jest realny i niekoniecznie wszystkie racja są po jednej stronie. Tym bardzie nie po tej jedynie słusznej...
Pana opis ignoruje istotę sporu, a wtedy łatwo pokazać wszystko jako czysty nonsens. Ale czy model kibica preferowany przez zarząd klubu nie jest wydumanym nonsensem? Nie zakładajcie Panowie Komentatorzy, że kibic to debil z piwem w ręku. Załóżcie chociaż na moment, że zdarza się również człowiek myślący, a nawet z poczuciem humoru. Przykłady? Ot taki: http://legia.tv/photos08j/08lks1_f66.jpg. Z pozoru nonsensowny happening, ale jak się zajrzy głębiej to i dowcipu i myśli dopatrzyć się można. Nie ma wulgaryzmów, ani noży, ani nawet narkotyków - choć to są ponoć standardowe akcesoria o których mówią "Walterowcy" . Słynny już okrzyk "Walter! CO?! Mordo Ty Moja" został nazwany przez członka zarządu KP Legia "żartem rynsztokowym", a osobie, która intonowała taki okrzyk zagrożono zakazem stadionowym. To dopiero paranoja. "Właściciel klubu, który uratował go przed bankructwem" nie staje się z tego powodu nietykalny... Dobre uczynki powinny być docenione, ale nie mogą eliminować możliwość krytyki uczynków złych. Mariusz Walter nigdy nie pałał miłością do nas, co i rusz dając do zrozumienia, że się nas pozbędzie. Każdą metodą.
Odpowiedź: Mój opis ponoć "ignoruje istotę sporu", ale powyższy tekst również jej nie definiuje. Stanowi raczej dyskusję z nieistniejącym wrogiem. Ja nie wspominałem bowiem ani słowem, że kibice Legii NIE dopingowali piłkarzy na stadionie Lecha. Jeśli kibicowali, to OK, fajnie, oby tak zawsze. Pisałem o meczach przy Łazienkowskiej, gdzie czasem "tylko" nie było dopingu, a czasem doping zastępowała jakaś dziwaczna bieganina od jednego końca trybuny do drugiego. Moim zdaniem to piłkarzom przeszkadza, zresztą sami o tym wspominali. A jeśli Legii zabraknie do mistrzostwa punktów straconych w meczu z Odrą? Kto wie, może by ich nie stracili, gdyby dostali wsparcie - moim zdaniem w normalnych czasach fantastycznie gorące - od Żylety?
O tym, jaki model kibicowania preferuje zarząd klubu, ani z jego przedstawicielami, ani z właścicielami klubu nigdy nie rozmawiałem, więc nie wiem, czy jest "wydumanym nonsensem". Mój pogląd brzmi: na stadion może przyjść każdy, kto akceptuje regulamin klubu i polskie prawo. Idąc dalej - nigdy nie nazwałem kibiców debilami z piwem, nigdy nie kwestionowałem ich prawa do posiadania poczucia humoru, nie uważam Mariusza Waltera za nietykalnego, nie zabraniałem go krytykować, nie wyrażałem swojego stosunku do okrzyków "Walter! Mordo ty moja" etc. Czuję się trochę, jakbym udowadniał, że nie jestem wielbłądem, ale OK, obiecałem skrajną życzliwość. Co do mojej wizji kibicowania pozwalam sobie zacytować fragment własnego felietonu , który raczej przez oburzonych cytowany nie jest:
"Mojego entuzjazmu nie wzbudza nieco teatralna widownia barcelońskiego Camp Nou czy madryckiego Santiago Bernabeu, wolę uporczywy jazgot legijnej "Żylety", która z łatwością zagłuszyłaby leniwy pomruk hiszpańskich gigantów. Ale mimo wszystko przedkładam dostojnie niemrawe brawa owych "pikników" nad chamstwo twardogłowych kiboli. Nad czytanie opowieści dziewczyny, dla której wizyta na stadionie to trauma. Owszem, chcę ogłuszającego zgiełku szalikowców, ale nie chcę płacić zań tolerancją dla niepohamowanego chamstwa i agresji, które niekiedy - rzadko, ale jednak - przeradzają się w zawstydzające nas wszystkich skandale jak tamten wileński. Nie chcę na stadionie wersalu, akceptuję niewybredną opryskliwość kibicowskich środków wyrazu, zniosę nawet nieuniknioną wulgarność przyśpiewek, ale granice muszą istnieć. W Polsce, niestety, nie istnieją."
Nowakowski: Niesławne wydarzenia z Wilnie wywołały natychmiastową, choć nieco chybioną, reakcję klubu. Wszyscy kibice zgadzają się, wbrew temu co zarząd klubu stara się pokazać, że dla osób biegających po murawie Vetry nie powinno być miejsca na Legii. W poszukiwaniu i karaniu (co niezbyt to się klubowi udaje), włodarze zapędzili się w ślepą uliczkę...
Wylano dziecko z kąpielą. Nie znając sprawców właściwych, pozbyto się przy okazji (nomen omen) Nieznanych Sprawców - grupy organizującej doping na Legii (niech Pan zajrzy co oni potrafią http://www.nieznanisprawcy.com/). Skorzystano, ze starej sprawdzonej metody wrzucenia do jednego worka prawd, półprawd i kłamstw. Przy okazji zakazów stadionowych dla "ekipy wileńskiej" nałożono kary na tzw. ultrasów (w tym kobiety! "laski" jak Pan mawia) za to, że odpalili na meczu race. Race, których wykorzystanie klub akceptował, a z podjętych ustaleń później się wycofał. Co więcej w prowadzonej sprawie przedstawiciele, klubu zeznawali, że takiego porozumienia nie zawierali.
Odpowiedź: Legia - jak informuje - nałożyła kary za konkretne przewinienia, wyszczególnione w klubowym regulaminie i/lub polskim prawie: odpalanie i wnoszenie rac, wchodzenie na obiekt po pijanemu, pobicie kibica etc. Niektórym obłożonym w ostatnich miesiącach sankcjami (tym, którzy wyrazili skruchę i gotowość poprawy na rozmowie dyscyplinującej) kary łagodzono. Kibicowski zapiewajło dostał szlaban, bo organizowane przez niego oprawy były wykorzystywane dla przemycania na trybuny zabronionych rac (schowanych w drzewcach flag oraz systemie nagłośnienia). Sam też został ukarany przez sąd za odpalenie racy grzywną, a obecnie trwa kolejny proces, bowiem policja się odwołała i żąda nałożenia nań zakazu uczestniczenia w imprezach masowych.
Co do rzekomych nieformalnych porozumień między klubem a kibicami w sprawie rac: gdyby się rzeczywiście zdarzyły, to Legia zachowała się karygodnie, zezwalając na łamanie prawa. Ale fakty są takie, że klubowy regulamin zakazuje wnoszenia pirotechniki na stadion.
Nowakowski: Wiec o co walczymy? Nie o władzę, nie o pieniądze, ale:
- o piłkę nożną dla kibiców; (Ja też, tyle że nie dzielę ich na prawdziwych kibiców i godnych pogardy pikników, obie grupy szanuję tak samo. Nie szanuję tylko kiboli, których zdefiniowałem w swoich felietonach. Nie szanuję, bo oni nie szanują nikogo - ani piłkarzy, ani kibiców wyznających inną filozofię kibicowania - i w ogóle nie interesują się piłką.)
- o traktowanie kibica nie jako intruza i źródło kłopotów, ale pełnoprawnego uczestnika meczu; (Zgadzam się w 100 proc.)
- o możliwość prowadzenia zorganizowanego dopingu na Legii, co jest niemożliwe, gdy dla niektórych ultrasów utrzymywane są zakazy stadionowe i to pomimo braku prawomocnego wyroku (Za zorganizowanym dopingiem tęsknię, ale ultrasów łamiących regulamin trzeba karać. Prawomocny wyrok nie jest potrzebny. Awanturujących się w knajpie też się wyrzuca, nie czeka się na żaden wyrok.)
- o pełne, rozśpiewane, kolorowe stadiony, nie będące jednak "schludnymi kompleksami rozrywkowymi". Na schludnych stadionach, które Pan się chętnie powołuje często jest letnio i nijako; (Pełne, rozśpiewane, kolorowe stadiony - pycha, o tym marzę. Uważam jednak, że w schludnych kompleksach rozrywkowych nie musi być letnio i nijako. Gdzie tu sprzeczność? Jak jest schludnie, to się nie da dopingować?)
Źródło: Gazeta Wyborcza
|
Autor newsa: Tomasz Alfar- Alfar
Redaktor napisał newsów: 155
Zabrania się kopiowania powyższego tekstu bez zgody autora!
|
|